Brytyjska „flegma” a sprawa polska

Dziś rano w jednym z wpisów na znanym portalu czytam coś takiego:

„Szkoda, że ma Pan w d… polskie dzieci zabierane polskim rodzicom w Niemczech. Człowiek bez sumienia” – w taki sposób europoseł PiS Ryszard Czarnecki zaatakował na Twitterze dziennikarza Janusza Schwertnera. Ten odwinął się pisząc, że „PiS topi się w pogardzie, która bywa autodestrukcyjna”.

http://natemat.pl/226747,europoslowi-pis-ryszardowi-czarneckiemu-kolejny-raz-puscily-nerwy-tym-razem-chamsko-zaatakowal-dziennikarza

A wczoraj, w związku z tym, że zaatakowała mnie grypa i mam sporą porcję czasu, a zawsze wtedy staram się popracować nad swoim angielskim, spędziłam dobre kilka godzin oglądając w wersji oryginalnej serial „The Crown”, czyli sfabularyzowaną historię życia Elżbiety II.

Jak zaznaczyłam, film oglądam w wersji oryginalnej z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że będąc wychowanką „szkoły profesora Mroczkowskiego” szczególną estymą darzę ową piękną, snobistyczną, wyrafinowaną i pięknie brzmiącą angielszczyznę zwaną received pronunciation ( przez anglistów zwaną po prostu RP), kiedyś warunek konieczny do wykonywania zawodu dziennikarza radiowego, czy telewizyjnego BBC ,   a do „nabycia”  („received” znaczy w tym wypadku właśnie „nabycie”) w trakcie nauki w jednym z prywatnych collegów typu Eton, lub w trakcie studiów na jednym z prestiżowych brytyjskich („czerwonoceglanych”) uniwersytetów.  Profesor właśnie taką angielszczyzną się posługiwał i nam, jego studentom miłość do niej wpoił.

Jest jeszcze jedna możliwość, żeby naturalnie ów elegancki sposób wypowiadania się „nabyć” – urodzić się w arystokratycznej rodzinie brytyjskiej, a najlepiej w królewskiej. Stąd założyłam z góry, nota bene słusznie, że nasłucham się  pięknego języka w serialu, który właśnie życie królowej pokazywać będzie.

I wczoraj dokładnie natknęłam się na odcinek, w którym Elżbieta oskarżona zostaje przez lewicującego dziennikarza o to, że oderwana jest od rzeczywistości, nie ma pojęcia o tym, jak żyją jej poddani, traktuje ich w sposób paternalistyczny i z dystansem. Jego artykuł staje się właściwie prawie powodem kryzysu politycznego, który grozi wzmożeniem ruchów republikańskich i być może w konsekwencji, obaleniem monarchii. Elżbieta decyduje się na zachowanie dość niekonwencjonalne – aranżuje całkowicie nieformalne spotkanie z niespodziewającym się niczego dziennikarzem i prosi go wyjawienie, co w jej zachowaniu tak razi społeczeństwo brytyjskie. Nie będę tu długo tego wątku rozwijać. Dość powiedzieć, że uwagi, które usłyszy od dziennikarza, a które weźmie pod uwagę w swoich relacjach z poddanymi umocnią rangę monarchii w Wielkiej Brytanii. Pojawia się jednak w tej rozmowie pewne ważne słowo-klucz, „deference”, które według mnie nie ma adekwatnego ekwiwalentu w języku polskim. Oznacza ono coś w rodzaju szacunku, ale w szerszym tego słowa znaczeniu. To jest ten rodzaj postawy, który my nazywamy ową „brytyjską flegmą” – dystans, spokój, chłodne uczucia zmieszane jednak z szacunkiem dla innych poglądów i postaw, rezerwa, ale jednocześnie zainteresowanie, takie trochę drzwi, które nie są do końca otwarte, ale na pewno nie zamknięte. To jest ta właśnie postawa, która powoduje, że dobrze wykształcony rodowity Brytyjczyk nie podnosi na rozmówcę głosu, mówi powoli i wyraźnie, spokojnie argumentuje i nie obraża. Prosi i przeprasza i dziękuje, nie przerywa rozmówcy w pół zdania. Nawet jak odmawia, zacznie zdanie ” Obawiam się…”, a jak wchodzi do sklepu zawsze powie „Hello” , a od ekspedientki usłyszy „My dear”.

Dziennikarz zarzuca Elżbiecie właśnie „deference”, jako dominującą i jednocześnie najbardziej irytującą cechę zachowania. I co słyszy w odpowiedzi od jeszcze wtedy młodej monarchini?  ” A jak Pan myśli, co pozostanie, gdy nią ( chodzi o „deference” przyp. tłum.) porzucimy? Zostanie, proszę pana, anarchia.”

Wpis ten dedykuję WSZYSTKIM polskim politykom, a szczególnie panom Czarneckiemu, Brudzińskiemu, profesorom Niesiołowskiemu i Legutce ( koledze z anglistyki UJ !!!!) i profesor Pawłowicz. Z pełną „deference” dedykację przesyłam  także prawdziwemu mistrzowi retoryki, Naczelnikowi, doktorowi prawa z jednego z dwóch najlepszych uniwersytetów w Polsce.

Krakowianka Jedna

Wielbicielka SuperRedaktora, niepoprawna pesymistka, nieobliczalna "rycząca -tka", filolożka, ale w przeciwieństwie do Samueli, nie z zamiłowania, a z przypadku.

Kategoria: Różności niesklasyfikowane (8)
  1. Pantryjota Pantryjota pisze:

    Mam świadomość faktu, że gdybym przedstawił się jakiemuś angielskiemu gentlemanowi wykształconemu na jednym z tych „ceglanych” uniwersytetów. to jest spore prawdopodobieństwo, że coś by sobie skojarzył „po nazwisku”. No chyba, że nie czytał Szekspira, albo nie interesuje się w ogóle słynnymi, angielskimi ogrodami, że nie wspomnę o historii i brytyjskich dworach królewskich z uwzględniem obecnego na nich duchowieństwa.
    Tak więc trochę żałuję, że nie wykazuję zdolności językowych, bo gdyby było inaczej, być może już by mnie tutaj nie było i spijałbym śmietankę z tytułu pochodzenia zupełnie gdzieś indziej 🙂
    A tak mogę tylko podziękować Ci ze ten wpis, bo dzięki takim notkom jeszcze chce mi się ciągnąć ten forumowy wózek.
    Pozdrawiam serdecznie.

  2. Krakowianka Jedna Krakowianka Jedna pisze:

    Pantryjota,

    Miód na moje serce, bo pisząc to sobie myślałam, że to nikogo nie będzie interesować. A teraz Ci pokadzę: rzadko można jeszcze spotkać kogoś z taką elokwencją, kulturą języka i lingwistycznym „deference”, jak w Twoim wykonaniu, więc to pochodzenie i tu można wyczaić. 🙂

  3. Pantryjota Pantryjota pisze:

    Krakowianka Jedna,

    Zawsze można wrócić do połowy 16 wieku u przyjrzeć się papieskim nominacjom kardynalskim. To będzie dobry trop:)

  4. Pantryjota Pantryjota pisze:

    A co do kadzenia, to wspaniałomyślnie wybaczam 🙂

  5. Samuela Samuela pisze:

    Termin „flegma” z czymś zgoła innym mi się kojarzy niźli z odmianą brytyjskiej cnoty, a mianowicie z Mr. Richard Henry Czarnecki mi się ów termin nieodparcie kojarzy. Dziecięciem będąc przeczytałam była wczesne opowiadanie Lema o chłopcu, który nabył gumę do żucia. Guma wskutek żucia ożyła i – wypluwana – uporczywie wracała do ust nieszczęśnika, by się żuć.. Gdyby zamiast gumy do żucia wyobrazić sobie flegmę, to przed oczyma staje Mr. Richard Henry Czarnecki jako żywa egzemplifikacja czegoś, na widok czego można się zwymiotować obficie.

  6. Krakowianka Jedna Krakowianka Jedna pisze:

    Samuela,

    :)))) Ja, jednakowoż i bez owego obrazu mam tenże na jego widok odruch.

  7. Pantryjota Pantryjota pisze:

    Samuela,

    Czarnecki to raczej z ektoplazmą mi się kojarzy, szczególnie z ostatnim fragmentem tej definicji:

    „Jest to galaretowata substancja, wypływająca z ciała medium. Z ust, uszu, nosa, oczu, a nawet z dolnych partii”

    Sądzę, że dolne partie posła Czarneckiego nie rożnią się niczym od górnych, co jest w pewnym sensie chaakterystyczne dla wielu osób z tego środowiska i to dowolnej płci.

  8. Krakowianka Jedna Krakowianka Jedna pisze:

    Pantryjota,

    No i proszę jaka piękna „deference”. Niby ani jednego obrażliwego słowa… a i tak wszyscy wiedzą o co chodzi 🙂 🙂 🙂 Godna mistrza !!!

  9. Pantryjota Pantryjota pisze:

    Krakowianka Jedna,

    Kadzenia ciąg dalszy? Ciekaw jestem prawdziwych motywacji.

  10. Krakowianka Jedna Krakowianka Jedna pisze:

    Pantryjota,

    Nie ma żadnych dodatkowych motywacji Mistrzu 🙂

  11. Pantryjota Pantryjota pisze:

    Krakowianka Jedna,

    Przjmuję to wyjaśnienie za dobrą monetę pani prof.

Dodaj komentarz

Zaloguj się