Don K – Analiza nr 10 – O przesuwaniu akcentów na pożegnanie

Moi Drodzy,

Jeśli chodzi o dziś zamieszczony wpis, to wyjaśniam, że wbrew zapowiedziom w tekście,  jednak nie okazał się  być ostatnią notką Dona, a nawet nie ostatnią ze słowem analiza w tytule, bo takich ukazało się łącznie 15, choć nie w porządku chronologicznym. Tak więc jeszcze przez kilka dni będę je zamieszczał, aby spełnić daną wcześniej obietnicę i zaspokoić oczekiwania czytelników na wyrafinowaną publicystykę.

Faktem jest, że Don napisał łącznie 86 felietonów, a właściwie 87, jeśli liczyć ten, który zamieścił po przerwie w momencie, gdy Salon przekształcił się w to, czym jest obecnie. To piękny dorobek, który być może kiedyś przedstawiony zostanie szerszej publiczności, wraz z innym dziełami wybranymi autora. Być może będzie to najobszerniejszy zbiór felietonów, jaki kiedykolwiek ukazał się w druku i jako taki, zostanie zapewne zgłoszony do księgi rekordów Guinnessa.

Szanowni Państwo,

Notkę tę zamieściłem już raz w godzinach porannych, ale ponieważ pojawiły się niespodziewane dla mnie samego nowe okoliczności, poprzednią wersję usunąłem i zamieszczam ją jeszcze raz, uzupełnioną i poprawioną.

Jak Państwo zapewne zauważyli, to mój jedenasty wpis na Salonie i – co muszę oznajmić z przykrością – najprawdopodobniej ostatni,  chyba, że znów znajdą się fundusze na opłacenie mojej pracy, która katorżniczą co prawda nie jest, ale swoją cenę ma. Osoby, które ta wiadomość zmartwi, chciałbym jednak zapewnić, że mam z czego żyć, więc mogą sobie darować wyrazy współczucia, Ci zaś, którzy chcieliby wyrazić swoją radość z tego powodu, najlepiej zrobią, jeśli będą cieszyć się we własnym, hermetycznym gronie, co pozwoli mi ograniczyć ilość zablokowanych komentatorów do jednego pacana.

Tak więc, podsumowując ten krótki salonowy epizod, chciałem poświęcić kilka słów analizie sytuacji, w której znaleźliśmy się dlatego, że 5 lat temu jeden z dwóch braci bliźniaków wolał zostać przy mamie, niż lecieć z bratem na groby. Ta brzemienna w rozliczne skutki decyzja zaowocowała m.innymi tym, że obecnie Polska jest podzielona jak chyba nigdy dotąd w swojej historii, a partia rządząca destabilizuje i niszczy ją od środka, przy czynnym udziale marionetkowego prezydenta i części kleru katolickiego oraz wsparciu  tej części społeczności internetowej, dla której taka sytuacja, to miód na jej patriotyczne serca.

Jak zapewne wielu obywateli naszego kraju zauważyło, działania obecnych władz, konsekwentnie i w sposób niezwykle prostacki zmierzają do skoncentrowania uwagi społeczeństwa na tych kwestiach, które pozwolą uzurpatorom na zamaskowanie prawdziwych problemów, z jakimi musi mierzyć się każda władza, szczególnie w tak trudnych jak dzisiejsze czasach.

Prostackość jest oczywiście na swój sposób „wyrafinowana”, bo przecież przekaz musi trafić do prostego ludu w taki sposób, żeby ów lud myślał, że chodzi o sprawy o fundamentalnym znaczeniu.

Dlatego musiała wrócić sprawa Smoleńska (jakby nieco pomijana w trakcie kampanii wyborczej), rzekomo cały czas niewyjaśniona do końca, a jeśli nawet, to wyjaśniona pokrętnie, kłamliwie i bez uwzględnienia faktów, które wołają o pomstę do nieba. Jak się okazuje, to „paliwo” wciąż może podsycać ogień zemsty, a ponieważ trudno mścić się na nieżyjących (tym bardziej trudno, jeśli ogromną winę ponoszą „swoi”) więc trzeba znaleźć sobie nowych winowajców i zrobić wszystko, żeby móc w imię prawdy i sprawiedliwości powiesić ich za….cokolwiek.

Np. pana Arabskiego za to, że nie odwiódł prezydenta od idiotycznego pomysłu „rywalizacji” na wizyty z premierem i od zaproszenia na pokład całego „kwiatu rycerstwa”, który to kwiat następnie poległ, na skutek spisku Putina z Tuskiem, albo Tuska z Putinem, co jednak niekoniecznie na jedno wychodzi.

Każdy zapewne pamięta, jak pisiaki gardłowały, że w komisji badającej katastrofę powinni wziąć udział zagraniczni eksperci i przedstawiciele NATO, bo zginęli tam też generałowie, będący członkami tego paktu.

I oto powołano nową, zgodną z wolą narodu komisję do spraw ustalenia prawdy, też prawdy i całej prawdy i w owej komisji nie ma ANI JEDNEGO zagranicznego, niezależnego eksperta. Ba, nie ma nawet żadnego polskiego eksperta od badania katastrof lotniczych, bo podobno wszyscy zdążyli się już skompromitować za kadencji poprzedniej komisji. Nie ma również przedstawicieli NATO, któremu to paktowi nowy pan minister wojny póki co tylko zajął małe biuro, no ale od czegoś przecież trzeba zacząć, gdy się wdraża do nowych obowiązków na odcinku walki o prawdę i niepodległość.

Byłoby to zabawne i co najwyżej godne pożałowania, gdyby prace rzeczonej komisji dotyczyły wybuchu grilla w barze prowadzonym przez jakiegoś – przepraszam za wyrażenie – Turka, ale to szacowne gremium ma przecież kompetentnie zbadać największą katastrofę w dziejach lotnictwa, jak był łaskaw określić lot Tupolewa przez brzozowy zagajnik pan Macierewicz – człowiek nie tylko bezkompromisowy, ale i w ogóle bez dwóch zdań wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju.

Swoją drogą to ciekawa interpretacja, gdyż jasno z niej wynika, że jeden poległy w Smoleńsku obywatel polski odpowiada mniej więcej czterem obywatelom innych krajów, gdy weźmiemy pod uwagę największą ilość ofiar w największych wypadkach lotniczych. Jednak biorąc pod uwagę, że zginął tam Lech Kaczyński, śmiało można przyjąć, że ta katastrofa w wymiarze globalnym ma większy ciężar gatunkowy, niż wszystkie wypadki lotnicze razem wzięte, łącznie z wypadkiem panów Żwirki i Wigury, oraz oczywiście dwoma katastrofami naszych Iłów, skądinąd też zakupionych w Rosji, a właściwie w Związku Radzieckim.

Prezes doskonale zdaje sobie sprawę, że teraz uwaga wszystkich znów skupi się na parówkowych pierdołach, a on, metodycznie i z głupkowatym uśmieszkiem na ustach, będzie mógł przeprowadzać reformę państwa na swój obraz, ogląd i podobieństwo do tych systemów, które poznawał dzieckiem i młodym człowiekiem będąc.

W międzyczasie Putin będzie zacierał ręce, bo zapewne mało co go tak cieszy, jak niestabilna sytuacja w kraju, o którym kiedyś Rosjanie mówili „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”. Na pewno ucieszy go również zmiana nastawienia  polskiego rządu do problemów ukraińskich i fakt, że premier naszego rządu i prezes partii rządzącej „spiskują” z panem Cameronem w sytuacji, gdy doskonale wiadomo, kto jest najbardziej sceptycznie nastawiony do UE.

Te wszystkie fakty dość jednoznacznie pokazują, o czyje interesy dba nowa władza i to już nie jest „tylko” jakiś spór o Trybunał Konstytucyjny, czy inne, prawne imponderabilia, tylko jawne działanie na pograniczu zdrady stanu  i jako takie będzie musiało w przyszłości być osądzone i ukarane z całą surowością dopuszczalną przez kodeks karny, łącznie z karą najwyższą, o ile zostanie przywrócona.

I bez znaczenia jest, że zostanie zlikwidowana prokuratura wojskowa. Takie postępowanie często ocenia „bezpośrednio” naród, co zresztą cały czas podkreśla PiS i pan prezes, oraz jego prezydent.

Wierzący mogą się co najwyżej modlić, żeby naród nie wziął przykładu z Rumunów i żeby nie skończyło się samosądem.

Jedno jest w każdym razie pewne – pan Macierewicz w odpowiednim momencie na pewno zdąży zjeść obiad i udać się w podroż w jedną stronę, w byle jakim pociągu. Mam dziwne przeczucie, że będzie w nim serwowany „kipiatok” z samowara bez dodatku polonu i że mocodawcy zadbają, żeby żaden siwy włos z głowy pana Antoniego nie spadł.

D.K.

7.02.2016

Pantryjota

Dawniej też Pantryjota, a więcej o mnie w stopce.

Kategoria: Polityka, geopolityka (6)
  1. Jose Obando napisał(a):

    Cześć,
    mocny felieton, lekkość zastąpiłeś poważnymi argumentami. I to jest sedno sprawy. Przy pierwszym czytaniu (w wiadomym miejscu) mógł sie wydać niepohamowanym czarnowidztwem a dziś to niestety wizja, która zamienia się w rzeczywistość.
    Zakończenie Rumunią wydaje mi się też prawdopodobne.
    Pozdrawiam

  2. Pantryjota Pantryjota napisał(a):

    Jose Obando,

    W „oficjalnej” publicystyce chyba póki co nie wspomina się o wariancie „rumuńskim” podobnie jak nie nazywa się prezesa „Słońcem Żoliborza”. Ale można sięgnąć w głąb naszej własnej historii i wspomnieć króla Popiela. W tym przypadku rolę myszy odegrałyby koty i mam nadzieję, że nie okazałby się ciężko strawny. A przynajmniej nie bardziej, niż typowa Golonka.

Dodaj komentarz