Jeden policjant na pół miliona hippiesów

Z dużym zainteresowaniem i nie mniejszą przyjemnością obejrzałem sobie przedwczoraj bardzo ciekawy film o festiwalu w miasteczku Byron w Atlancie w 1970 roku, który uważany jest za ostatni z cyklu wielkich imprez z czasów dzieci kwiatów.  Oto zajawka:

http://www.planeteplus.pl/dokument-elektryczny-kosciol-jimiego-hendrixa_47361

A to szczegóły na temat tego wydarzenia:

https://en.wikipedia.org/wiki/Atlanta_International_Pop_Festival_(1970)

A to nasi pisi hippiesi, których obecnie próżno by szukać na krajowym „Woodstocku” :

http://natemat.pl/161585,czas-hipisow-dwie-najwazniejszych-ludzi-pis-w-sejmie-w-latach-70-zylo-w-komunach-i-eksperymentowalo-z-uzywkami

Najbardziej fascynująca w tym obrazie z Byron była cała „otoczka” festiwalowa i wypowiedzi osób, które znajdowały się wówczas na miejscu. Np. szeryfa miasteczka Byron (tak, to nazwa na cześć „tego” Byrona, do czego jeszcze nawiążę za chwilę), w okolicy którego miała miejsce impreza. Otóż pan szeryf był jedynym policjantem zatrudnionym na etacie w tym mieście i dysponował aresztem z dwoma celami. No i mimo tego, że na festiwal przyjechało wg niektórych szacunków nawet pół miliona osób, nie zanotowano w czasie jego trwania żadnego włamania, choć dramatycznie brakowało żywności, że o kibelkach nie wspomnę. Porządku pilnowało trochę chłopaków z lokalnych gangów motocyklowych, ale w przeciwieństwie do Altamont nikogo nie zadźgano. Najwidoczniej w Ameryce w tamtych czasach nie znano pojęcia „impreza o podwyższonym ryzyku”, a przecież strach pomyśleć co mogło się dziać w kilkusettysięcznym tłumie, który kontemplował nocne występy w kompletnej ciemności, bo brakowało energii i nieliczne reflektory oświetlały wyłącznie wykonawców. Na filmie pokazano tylko występ Hendrixa, o którym słyszał każdy, więc ja wkleję innego wykonawcę, który też wziął tam wtedy za udział, choć z pewnością nie tyle, co Jimi:

 

To co prawda zapis koncertu z innego festiwalu, ale z tego samego roku, więc można sobie obejrzeć Leslie Westa, który grał w zasadzie tylko dwoma palcami, ale za to już wtedy szczupłością nie grzeszył.

Natomiast wracając do miasteczka Byron, w końcu całkiem prowincjonalnego, na amerykańskim, „zadupiu”, przyszła mi do głowy następująca refleksja:

Może by tak na fali dekomunizacji przemianować nazwy kilku naszych miast i uczcić w ten sposób choćby tego gościa od zdradzonych o świcie? Nie, żebym coś sugerował, ale czy Herbert nie brzmi lepiej niż dajmy na to Włoszczowa? Albo czy Wencel nie mógłby godnie zastąpić Włodawy, tym bardziej, że też jest na W?

Ktoś mógłby powiedzieć, że to się u nas nie przyjmie, ale czy jeszcze kilkanaście lat temu ktokolwiek mógłby przypuszczać, że będzimy obchodzić Hallowen czy inne Walentynki?

I na koniec jeszcze jedna kapela, która zagrała 47 lat temu w Byron:

Dziękuję za uwagę.

Pantryś

 

Pantryjota

Dawniej też Pantryjota, a więcej o mnie w stopce.

Kategoria: Kultura i sztuki wszelakie (2)

Dodaj komentarz

Zaloguj się