Molestowanie po katolicku i nie tylko , czyli MeTo

Czy robimy komuś krzywdę, otwierając katolickie przedszkole? – pytał o. Osowski., cytowany przez gazetę. Rodzicom miał tłumaczyć, że nowa placówka będzie w stanie przyjąć więcej dzieci, a ponadto do katolickiego przedszkola „nie wkradną się żadne szkodliwe treści, zwłaszcza gender”.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23010192,publiczne-przedszkole-zamieni-sie-w-katolickie-przyjmie-wiecej.html

No jasne, że jak będzie większy tłok w placówce, to gender się nie wkradnie, a co najwyżej księdzu pedofilowi ścisk ułatwi obłapianie i może nikt nawet nie zauważy jego katolickiej erekcji ukrytej pod sutanną. Zakonnice będą miały jeszcze lepiej, mogąc kąpać chłopców i dziewczynki w wodzie święconej, która jak wiadomo skutecznie chroni przed gender, a przy okazji co się napatrzą, to ich.

Chodzi o przedszkole nr 7 w Poznaniu, które będzie funkcjonować tylko do wakacji. Od września jego funkcję przejmie nowo otwierana, ale już niepubliczna, katolicka placówka. Uczęszczanie do niej będzie odtąd płatne, a na jej czele stanie zakonnica.

Rodzice powinni być zadowoleni, że placówkę przejmie zakon i że będą płacić za usługi, gdyż nie ma nic gorszego, jak „państwowa” opieka nad dziećmi na koszt podatnika, a poza tym, dyrektorka zakonnica gwarantuje, że ich pieniądze nie pójdą się je..ć, że się tak nieparlamentarnie wyrażę przy niedzieli.

Z kolei dzieci też na pewno będą zachwycone, bo nie ma nic fajniejszego dla malucha niż wspólna modlitwa przed każdym posiłkiem i nakaz trzymania rączek na kołderkach podczas leżakowania. Poza tym, w takiej placówce z pewnością chłopcy nie będą pokazywali siusiaków dziewczynkom, a jeśli już dojdzie do takiego ekscesu, to klęczenie na grochu z rękoma na karku i pozbawienie obiadu skutecznie wyleczy delikwenta z myślenia w kategoriach męsko-damskich, czy raczej chłopięco-dziewczęcych.

Niżej podpisany wcale nie żałuje,  że w 4 klasie podstawówki nie trafił do jakiegoś katolickiego sanatorium na cały rok szkolny, tylko do zwykłej placówki w miejscowości Zagórze, w której wychowawca, niejaki pan Alfred bardzo polubił małego Pantrysia, który tęsknił za mamą i pocieszał go, głaszcząc jedną ręką po główce, a drugą, pod kołderką, wrażliwe mimo młodego wieku miejsca, a Pantryś wcale nie protestował, bo było to całkiem miłe.

Dlatego bardzo zdziwił się po latach, gdy przypadkowo spotkał pana Alfreda w tramwaju i gdy chciał się z nim przywitać, ten niespodziewanie salwował się ucieczką, jakby dopadło go jakieś poczucie winy. Pewnie już nie ma pana Alfreda wśród żywych, ale jeśli zagląda na to forum, to niech wie, że Pantryś wyrósł na zupełnie normalnego faceta hetero i żadnych pretensji ani żalów nie przejawia wobec pana wychowawcy, który trochę przypominał księdza z wyglądu, choć był cywilem. I jeszcze przypomnę, że ta ucieczka miała miejsce w tramwaju na przystanku przy pl. Inwalidów w W-wie, a skoro pamiętam to zdarzenie po ok. 40 latach, to widać jakiś powód w głowie jest.

W Zagórzu Pantryś miał też okazje stanąć oko w oko z dzikiem, gdyż pod sanatoryjny śmietnik często przychodziły mamy z dziećmi i te dzieci buszowały po śmietniku w poszukiwaniu resztek pokarmu, a dzieciaki obserwując te harce miały pewnie nie mniejszą radochę, niż z tytułu „awansów” pana Alfreda, choć chciałbym wierzyć, że byłem w tym kontekście jednak kimś wyjątkowym i wybranym, przynajmniej w tym roku szkolnym.

A skoro już sobie przypomniałem, to zerknąłem do internetu i proszę bardzo, sanatorium nadal funkcjonuje, choć pod innym szyldem:

http://www.centrumzagorze.pl/

A skoro o sanatoriach mowa, to pewien amerykański zespół istniejący od lat 70 nagrał płytę zatutułowaną właśnie „Sanatorium” co dowodzi, że u nich też takie instytucje funkcjonują.

https://store.cdbaby.com/cd/sunblindlion

Płyta opisuje losy chłopca w placówce leczącej gruźlicę i trzeba trafu, że w takim też byłem, gdyż moja mama była na tyle sprytna, że przekonała odpowiednie czynniki, że miałem kontakty z chorym wujkiem, choć widziałem go ze 2 razy w życiu, a jego syn osobisty do żadnego sanatorium nigdy nie pojechał. No i spędziłem kilka miesięcy w Rabce jako zupełny maluch i pamiętam z tego pobytu np. spotkanie z pisarką Janiną Porazińską, na które zostałem oddelegowany w celu wyrecytowania wierszyka i wręczenia kwiatków. Pani Janina bardzo się wzruszyła i pogłaskała mnie po główce, jednak w zupełnie inny sposób, niż kilka lat później czynił to wspomniany pan Alfred. Coś mi się wydaje, że nawet gdzieś mam zdjęcie z tymi kwiatkami, ale pewności nie mam.

Daleko jeszcze w moim alfabecie do litery S, więc dziś na koniec Sunblind Lion z ubiegłego roku, który to materiał dowodzi, że wiek w muzyce nie gra roli, bo panowie grają już prawie 50 lat:

I jeszcze raz, z 2014 r, gdzie dobrze widać upływ czasu:

Do następnego razu, który być może nastąpi.

Pantryś

Pantryjota

Dawniej też Pantryjota, a więcej o mnie w stopce.

Kategoria: Katoholizm i inne choroby (11)

Dodaj komentarz