Oko w oko z O’ko, rozdział 1

Oko w oko z O’ko, czyli anonsuję nową powieść w odcinkach

O’ko obudził się zlany potem. Tzn obudził się wcześniej, ale pot pozostał potem. Trzecie oko miał jak zwykle otwarte, natomiast dwa pozostałe otwierały się powoli jak kotu.

O’ko nie miał kota, bo miał gospodynię domową, która doskonale kota zastępowała, mrucząc coś pod nosem, gdy O’ko opóźniał wypłatę. Ale bała się powiedzieć to co myśli głośno, bo w głębi duszy była przesiąknięta genderyzmem, choć nie zdawała sobie z tego sprawy. Po prysznicu, który O’ko brał ubrany w obcisłe slipy, aby nie wodzić się na pokuszenie dotykaniem tłoka, który był rzadkim okazem Pańskiej łaskawości i przypominał to coś u konia, O’ko stanął oko w oko z telewizorem, w którym miał niebawem wystąpić. Mama zawsze mu powtarzała, że telewizja to wymysł szatana, ale mama była zdominowana przez tatę, który z kolei był ojcem O’ko, bo każdy musi mieć zarówno mamę jak i ojca, nawet ktoś tak mądry i wykształcony jak O’ko.

Perspektywa występu przed milionami widzów wprawiła O’ko w lekkie drżenie i nieco silniejszą bojaźń, ale ponieważ nie był egzystencjonalistą, tylko raczej zwykłym ipsatorem, popatrzył  na swoje odbicie w szklanym ekranie i starannie wygładził wyraz twarzy, która – co by o O’ko nie powiedzieć – nie była twarzą jeszcze tak znaną, jak twarze jego kolegów po fachu. Nie była to również twarz intelektualisty, ale na to O’Ko nie miał na szczęście żadnego wpływu, bo nic tak człowieka nie upadla, jak nadmierny wpływ na samego siebie.

Jeśli chodzi o zawód, to O’ko od małego starał się nikogo nie zawieść, a szczególnie księdza proboszcza, który często puszczał do niego oko znad ołtarza. Początkowo wzbudzało to w naszym bohaterze zaledwie jakieś nieokreślone mrowienia tu i tam, choć jednak bardziej tam, ale trzeba było kilku lat, żeby O’ko mógł zmierzyć się z genderowcami, których tajnym agentem był ów proboszcz, przysłany z jakiegoś afrykańskiego kraju, w ramach programu wymiany misjonarzy, bo przecież wiadomo od zawsze, że zbyt długi pobyt na jednym i tym samym posterunku często powoduje różne patologie, w tym partogenezę, ktorej O’ko brzydził się bardziej, niż brudnej rury wydechowej.

Na szczęście nie zapisał się do parafialnego chóru i dzięki temu uniknął sytuacji, w której mutacja spowodowałaby odrzucenie go przez proboszcza, który oczywiście był tego chóru dyrygentem, podobnie zresztą jak duszpasterzem miejscowego przedszkola, gdzie prowadził sesje wypędzania szatana z chłopców i dziewczynek, które masturbowały się czasem nawet w trakcie posiłków, a przecież wiadomo, że rączkami którymi dotyka się „tych miejsc” nie powinno się bez ich dokładnego umycia jeść, a już szczególnie palcami.

Palce O’ko często wprawiały go w konsternację i zażenowanie, gdyż ciągle miał na uwadze palec Boży, który nie wiedzieć czemu przypominał mu się w zupełnie nieodpowiednich momentach, np. wówczas, gdy kupował papier toaletowy. No ale to były dawne czasy, bo teraz miał gospodynię i nie musiał wykonywać tak prozaicznych czynności jak zakupy, w czym przypominał inne sławne postacie z naszej historii, choć nie z wyglądu.

CDN

Pantryjota

Dawniej też Pantryjota, a więcej o mnie w stopce.

Kategoria: Pantryjota jako pisarz (9)

Dodaj komentarz