Las – c.d.

Przyznaję, że z różnych powodów doświadczam od kilku miesięcy kryzysu. Kryzysu na różnych polach. Mój kandydat przegrał wybory prezydenckie. Mój kraj pogrąża się w neofaszyzmie. Moi bracia – żydzi, homoseksualiści, inteligenci, ekolodzy – są obiektem narastającej nienawiści. Na różne sposoby doświadczam też braku solidarności ze strony osób, które w fundamentalnych sprawach stoją po tej samej stronie co ja.

Do tej pory starałem się wypracować sobie jakąś niszę. Głównie przy pomocy książek, którymi się otaczam.

Od jakiegoś czasy zanurzenie się w lekturze nie pomaga. Niepokój świdruje, obawy falują.

Wychodzę wtedy do lasu. Mój ulubiony to – o czym wiecie z wpisów z dawien dawna – Puszcza Białowieska. Ale że jako spokojny kierowca mam do niej 4 godziny jazdy, wizyta tam to rarytas. Na codzień mam las celestynowski, ładny, choć zaśmiecony. Udaje mi się w nim odzyskać jakieś 30% spokoju. Jeśli znajdę się tam tuż po świcie (obecnie ok. godz. 6-ej rano), zasiądę na łące i zobaczę pasącą się sarnę, współczynnik wzrasta do 40%.

Trochę lepiej jest, gdy chodzę po Puszczy Kampinoskiej. Co prawda jeszcze nigdy nie widziałem tam żadnego zwierzęcia (dlatego tak mnie irytują wszelkie opowieści szczęściarzy, którzy natknęli się na łosie), ale jest to trochę dalej, więc poczucie oderwania od marnej rzeczywistości większe. Bo ja, proszę państwa, odpoczywam tak naprawdę dopiero wtedy, gdy od domu oddalę się o co najmniej 200 km..

Las jest (póki co) absolutem. Można się w nim wykąpać. Wyjąć aparat fotograficzny i zrobić epickie zdjęcie. Pociągnąć koniaku z piersiówki albo herbaty z termosu. Nie widzieć ludzi przez kilka godzin, a z tymi, których się mija, zamienić kilka słów szeptem.

Najpiękniejszy jest wiosną, gdy jasna zieleń potwierdza jego przebudzenie. Piękny na smutno jesienią, bo to okres schyłkowy. Piękny zimą, nawet bezśnieżną, bo  brak liści jest tylko zapowiedzią odrodzonej wegetacji.

Jutro wstanę o 5-ej rano, może trochę później. Samochód jest w serwisie, co za szczęście, mogę wsiąść w pociąg, a potem autobus, dojechać do przystanku końcowego (Truskaw) z plecakiem. Ruszę na kilkugodzinny marsz. Jeśli znajdę obiecującą łączkę, rozłożę trójnożny taborecik, dobędę lornetkę i będę wpatrywać się w przestrzeń. Może wreszcie szczęście dopisze i zobaczę łosia. Tymczasem podsyłam fotografię księcia kniei.

Kategoria: Różności niesklasyfikowane (8)
  1. ViC-Thor ViC-Thor pisze:

    A myśliwi dalej strzelają…

Dodaj komentarz